Spleen. “Mag” czyli Oniegin po angielsku
Według Remarque’a ludzie tym się różnią od Boga, że Bóg wie wszystko, a ludzie wszystko wiedzą lepiej. Być może właśnie dlatego zamiana ról jednej ani drugiej stronie zazwyczaj nie wychodzi na dobre.
Powieść Johna Fowles’a “Mag” w pierwotnej wersji miała nazywać się “Godgame”. Byłby to celny tytuł – książka w sugestywny sposób obrazuje bowiem jak pociągająca może okazać się “zabawa w Boga” nie tylko dla tych, którzy odgrywać w niej mają rolę samego wszechwiecznego. W tę kuszącą grę daje się wciągnąć dwudziestokilkuletni Nicholas Urfe, główny bohater “Maga”, bynajmiej nie stając się jednak tym, który wie wszystko.
Jak to zachwyca. O “Wieczorze Trzech Króli” w Teatrze Polskim
Siedemdziesiąt pięć lat temu Tadeusz Żeleński-Boy zastanawiał się, jak to możliwe, że ta komedia Shakespeare’a wciąż urzeka publiczność. Mogliby się nie śmiać, a śmieją się. Bawią się, a mieliby równie dobrze prawo się nudzić. Wciąż spełnia swoją rolę stworzona przed wiekami historia oparta na jakże zużytym już koncepcie rozdzielonych bliźniąt. Boy nie wiedział jeszcze z jakim rozmachem zużyty ów koncept wykorzysta na swoje potrzeby produkcja filmowa.
Spośród czterech dotychczasowych inscenizacji, które miały miejsce na deskach Teatru Polskiego w Warszawie, tylko w najnowszej rolę obojga rodzeństwa odegrała jedna osoba. Lidia Sadowa wcieliła się w postać Violi oraz Sebastiana (do tej pory zawsze granego przez mężczyznę). Z jednej strony można uznać ten zabieg za signum temporis lub kaprys pochodzącego z rozpasanej części Europy reżysera – Dana Jemmeta; z drugiej - jest to nie lada smaczek, który pozwolił aktorce wykazać się umiejętnością zabawy w damsko-męskie stereotypy. W istocie odgrywany przez kobietę Sebastian wydaje się być najbardziej męskim bohaterem komedii, w zestawieniu z romantycznie niepoprawnym księciem, podstarzałym sługą Malvoliem i liczną bandą awanturników. (więcej…)
Coś, co się wydarzyło, a może się nie wydarzyło
Paradoksalnie moja długa nieobecność ma swoją przyczynę wyłącznie w zbyt dużej ilości książek, które zabrały Autorce czas na pisanie. To był naprawdę owocny pod względem dobrych lektur sezon i pora, aby wspomnieć chociaż tę część, która wyjątkowo na wspomnienie zasługuje.
Nagrodę dla najbardziej wciągającej literatury sezonu przyznaję jednogłośnie Foerowi. Autor, który stwierdza, że Bóg stwarzając człowieka na własne podobieństwo stał się tym samym pierwszym plagiatorem, nie powinien czuć się urażony komentarzem, że jego twórczość zbiega się w wielu miejscach z pisarstwem Marqueza. Foerowi bohaterowie stworzeni zostali na podobieństwo marquezowych, ze swoją niezwyciężoną mocą w lędźwiach (kto nie zobaczy w Safranie z “Wszystko jest iluminacją” Florentina Arizy z „Miłości w czasach zarazy”, ten trąba), magią narodzin i śmierci, baśniowością pamięci i zapominania. Pierwsza powieść Foera przypomina prozę Marqeza także ze względu na formę – szkatułkę, która otwiera historię wielu pokoleń przeplatanych niezliczoną ilością przedmiotów- zdjęć, listów, koronek, świstków, migdałów, pierścionków.
7iedemdziesiąt 2wie litery
Gdybym miała możliwość porozmawiać z autorem tego cyklu opowiadań, zapytałabym o to, czy wierzy w wolną wolę; czy też uważa, jak jeden z jego bohaterów, że przeznaczenie i wolność wyboru to dwie strony tego samego arrasu i nawet, jeśli jedna z nich wydaje się piękniejsza od drugiej, nie można stwierdzić, że jedna jest prawdą, a druga fałszem. (więcej…)
Walczyk, walczyk, pitu, pitu.
Musical to taki gatunek, którego urokowi nigdy nie udało mi się poddać. Lekkości, barwności a najczęściej również ckliwości musicalu zupełnie nie po drodze z moją wrażliwością (jeżeli wrażliwość to coś, o czym można mówić w moim wypadku). Mimo to zdecydowałam się skorzystać z biletu na „Do Amsterdamu” granego w Teatrze Polskim. Mam nadzieję, że nie była to moja ostatnia wizyta tamże. Wygląda na to, że piekiełko, które się zgotowało i trwa od dłuższego czasu na Karasia ma szanse zakończyć się z początkiem nowego roku. (więcej…)
Ponownie nie dla dam…
…czyli tak zwana polska literatura męska. O Hłasce.
„Drugie zabicie psa”, to znaczy nie wiadomo które podejście wyssotzkiego do Hłaski. W swoim czasie albo ja byłam za młoda, albo on (bo wcześniej próbowałam przeczytać „Następnego do raju” napisanego przez dwudziestotrzyletniego pisarza). Dobierając się, podchodząc, odkładając i sięgając znowu, wstydziłam się mojej niezdolności wczytania się w legendę. A legenda wcale niemała. Że bunt, że nonkonformizm, że polski James Dean. Faktycznie, fotografie obaj mają podobne, dość długie zaczesane do tyłu włosy, niechlujnie wetknięty w usta papieros. Przystojni, hardzi. Hłasko szerszy w barach i z twardszym spojrzeniem. (więcej…)
„Po chwili mężczyzna powiedział: Ja uważam, że to całkiem dobra historia. Coś znaczy.”
Chociaż nieszczególnie często sięgam do literatury amerykańskiej, tym razem zostałam urzeczona.
Mimo wszelkich zarzutów wobec tej książki, mogę ze spokojnym sumieniem uznać ją za jedną z lepszych, jakie czytałam w ostatnim czasie. Czy jest sentymentalna? Owszem, może nawet momentami ckliwa. Czyta się za szybko, czego nie znoszę (ale trudno zarzucać McCarthy’emu , że nie pisze jak Dostojewski).
Tym razem jednak kupuję to wszystko. I przez co najmniej kilka dni będę inaczej patrzyła na trawę, która rośnie, słońce ogrzewające mi stopy, na owoce jarzębiny i wróble, z radością zauważając, że są. Nieoczywistość ich istnienia będzie się jednak zacierała z każdym kolejnym dniem, a przekonanie, że mogłoby być inaczej, że mogą istnieć siły tak potężne, że są w stanie w nicość obrócić cały znany mi świat, przestanie mnie niepokoić. (więcej…)
Siła poglądów
Zupełnie z innej beczki, ale ponieważ odkryłam już ten cytat i nie chcę go zgubić, a wart jest podzielenia, nie omieszkam go zapisać:
“Znasz moje pod tym względem poglądy, polegające na tem, że nie chcę być ani imperialistą, ani federalista, dopóki nie mam możności mówienia w tych sprawach z jaką taką powagą- no i z rewolwerem w kieszeni. Wobec tego, że na bożym świecie zaczyna zdaje się zwyciężać gadanina o braterstwie ludzi i narodów, i doktrynki amerykańskie, przychylam się z miłą chęcią na stronę federalistów.”
Cała siła w tym, żeby wiedzieć, skąd wieje wiatr, Naczelniku!
I życzę Wam wszystkim 100 lat przemocy.
I mnie przydałoby się połamanie żeber. Porządny wycisk, żeby poczuć własną skończoność. W końcu, na odpowiednio długą metę, przeżywalność wszystkich ludzi spadnie do zera. Zbyt rzadkie uświadamianie tej prawdy powoduje, że jedyne, co przynosi życie to ubrania, których się nie potrzebuje, szwedzkie meble i pensja wystarczająca na spłacenie raty za telewizor. Sens?Pomyśl, że umrzesz. Inaczej twoje życie nie ma większego sensu.Pozazdrościć można chorym na raka jąder, na stwardnienie rozsiane, zarażonym przeróżnym tym dziadostwem, z którego nie da się wyjść. Świadomość śmierci przywraca życiu wartość.
Świadomość śmierci jednoczy. To ważne, bo cywilizacja faworyzuje jednostkę, nie wspólnotę. Bo samotność to produkt uboczny cywilizacji. Ale pierwotny ludzki instynkt odradza samotność. Bez względu na to, czy umieramy śmiercią powolną i bezwolną, czy też celowo i z radością pozwalamy na połamanie sobie żeber- grupując się stajemy się silniejsi, zaczynamy żyć pełnią życia. (więcej…)
Wszechświat, Wszechświat, Wszechświat i Lem
Zafascynowana Wszechświatem, odkrywszy dzięki “Krótkiej historii prawie wszystkiego”, ile nie wiem i dowiedzieć się nie zdołam, czytam i oglądam to, co wpadnie mi w ręce na temat wizji wszechświata. Programy popularnonaukowe i naukowa fantastyka, żadnej różnicy. Słucham mp3 z wiatrem wiejącym na jednym z księżyców Saturna (!), bo mogę. I jednocześnie oglądam obrazy klonów mieszkających na Księżycu. Tak naprawdę, co jest dziwniejsze? Kto wie, gdzie kończy się fizyka, a zaczyna science fiction? Tata jutjub wyposażył mnie w podstawową wiedzę na temat teorii strun, dzięki uroczo brzmiącemu programowi “Elegancki wszechświat”. Skoro nawet naukowcy twierdzą, że jest to już filozofia, a nie nauka, ja także nie będę przedkładała nauki nad prawdopodobieństwo. (więcej…)
zostaw komentarz